kwestia psychologizowania

Pexels

Czekając dziś na swoje cielesne zajęcia (fitnes, który pochłania litry wody i miliony toksyn  z mojego organizmu), sięgnęłam po kolorową prasę leżącą na białej skrzyni. I oto trafiłam na Zwierciadło (nie zwróciłam uwagi, z którego miesiąca) i wywiad z Jerzym Vetulani. Zachwyciła mnie ta rozmowa. Vetulani powiedział tam wiele trafnych uwag, ale jedną szczególnie zapamiętałam - życie polega na radowaniu się z tego co dobre, przy jednoczesnym zapominaniu o przykrościach i smutkach, bo rozdrapywanie ran prowadzi jedynie do gangreny. I to stwierdzenie - szczególnie ta obrazowa gangrena, która zżera organizm i go niszczy - przemówiło do mnie. 
Wiem, że ciągle piszę o tym samym - smutki, smuteczki i depresyjny nastrój, ale tak wygląda moje życie i mam wrażenie, że osoby, takie jak ja, które się z czymś zmagają, jednocześnie szukają - takich słów, które do nich przemówią, nazwą pewne rzeczy, nakierują, zobrazują. Ciężko określić to o czym piszę, ale ma to coś wspólnego z "zjawiskiem aha" - nagłym olśnieniem - dopasowaniem, jakby nareszice puzzle ułożyły się - wskoczyły na swoje miejsce. Dlatego może tak ważne są rozmowy: ze specjalistami lub przyjaciółmi o problemach - tam można je nazwać i szukać - tych słów, które, jak bila trafią do odpowiedniej komory. 
Warto - szukać, czytać, rozmawiać i co istotne zająć się swoim ciałem (to odnośnie fitnesu). Wiem, aktualnie mamy bum - na zdrowy tryb życia i ja też czasami mam dość - otwieram lodówkę, a stamdąt mi wyskakują slogony, typu - w zdrowym ciele, zdrowy duch (ja pierdo...). Ale... Ale dopiero teraz, po kilku miesiącach, mogę powiedzieć, że osoba, która ma problem z głową (taka ja) potrzebuje, poza leczeniem głowy, terapii całego ciała. Na zajęciach z psychologii często powtarzali nam o holistycznym podejściu do człowieka, ale dopiero teraz, na swoim przykładzie, widzę, jakie to jest ważne i na czym to polega. Dostrzegam i co ważniejsze czuję, zasadniczą różnicę między tygodniami, kiedy chodzę na zajęcia i ćwiczę intensywnie, a dniami kiedy nie robię nic. Moja głowa wpływa na to, że moje ciało wygląda niekiedy, jak kot, który wpadł do wiadra z wodą, ale działa to też w drugą stronę - moje ciało może wpływać na tę nieszczęsną głowę , a ruch sprawia, że moja patologiczna głowa - odpoczywa.
No i na koniec. 
Po zajęciach i późnych zakupach, wracałam spacerem do domu. Na przejściu zatrzymało mnie czerwone światło. Pusto, żadnego auta na hryzoncie, ale czerwono światło zawsze sprawia, iż zastygam w bezruchu. Doczłapał się do mnie staruszek o lasce, I tak stoimy. Nadal czerwone. Podbiegł żwawym krokiem mężczyzna, odziany w biegową czerń z odblaskami. W uwagi na obcisły strój, każdy mięsień idealnie rysował się pod materiałem, tak iż zapatrzyłam się na jego uda i łydki (zgrabne dodam). Nadal światło nie zmieniło koloru. Ja czekałam, czekał pan o lasce, ale biegaczowi się dłużyło i mimo czerwonego człowieka pobiegł przed siebie. Żaden pojazd nie nawiedził warkotem tej chwili, ale ciszę przerwał staruszek podnosząc kulę i wskazując biegacza po drugiej stronie ulicy, wychrypiał - Widziała pani do czego to doszło?! Chłop w obcisłych gaciach! Nie do pomyślenia! Jak to wygląda?! Że też mu się jaja w tym nie ugotują! 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

kwestia rozpędu

kwestia dnia

kwestia kompilacji zdarzeń